Nowy obraz własnej osoby

Jest i drugie ćwiczenie bardzo przydatne w budowaniu zdrowego szacunku dla samego siebie. Znamienne, że od pewnego czasu uprawiają je z widocznym powodzeniem sportowcy. Ćwiczenie to nazywane jest ?mentalną proje­kcją celu” czy ?budowaniem wizji”, a streścić je można następująco:

ZASTĄP OBAWĘ PRZED NIEPOWODZENIEM WYRA­ZISTYM OBRAZEM CELU DZIAŁANIA I SUKCESU.

W październiku 1979 roku dr Charles Garfield, profe­sor nadzwyczajny Wydziału Medycznego Uniwersytetu

Kalifornijskiego, wziął udział w sympozjum medycznym zorganizowanym w Mediolanie. Poznał tam kilku europej­skich psychologów specjalizujących się w problemach sportu wyczynowego. Przedmiotem ich badań – prowa­dzonych od lat dwudziestu kosztem wielu milionów dola­rów – były optymalne metody treningu ciężarowców. Wy­wiązała się trwająca do późnej nocy dyskusja, podczas której Europejczycy przedstawili dr. Garfieldowi swoją teorię wpływu odpowiednio ukierunkowanej wyobraźni na wyniki w sporcie. Dr Garfield, niezmiernie tym zainte­resowany, zgłosił chęć poddania się próbie w charakterze królika doświadczalnego. O drugiej w nocy obudzono więc właściciela miejscowej hali sportowej i rozpoczęto eksperyment. Europejscy koledzy zapowiedzieli uprzed­nio dr. Garfieldowi, że używając wyłącznie metod psycho­logicznych, potrafią w istotny sposób powiększyć jego zdolność do dźwigania sztangi. W pierwszej próbie z olb­rzymim wysiłkiem udało mu się wycisnąć 136 kilogra­mów; różne skomplikowane urządzenia rejestrowały w tym czasie przebieg jego fal mózgowych, pracę serca i napięcie mięśni.

Eksperymentatorzy zadali teraz następujące pytanie obiektowi swoich doświadczeń: Jak myśli, jakiego rzędu ciężar zdołałby podnieść w czasie ważnych zawodów, za­kładając przy tym że byłby w najwyższej formie? ?Może 140 kilogramów” – odparł badany.

Poddali mnie jakimś bardzo głębokim ćwiczeniom re­laksacyjnym – opowiada dalej Garfield – po czym kazali sobie wyobrazić, ze gładko podnoszą te 136 kilogramów plus dodatkowe 20 procent. Po czterdzies­tu minutach czegoś w rodzaju wielokrotnej repetycji mentalnej polecono mi dźwignąć sztangę, na którą – na oko sądząc – nałożono spory ciężar dodatkowy. Po jednym falstarcie podniosłem ją z większą łatwo­ścią niż poprzednio te 136 kilogramów. Dopiero wtedy powiedziano mi, te wycisnąłem 166-kilogramowy cię­żar! Zgodnie z kalkulacjami moich ?trenerów” pora­dziłbym sobie bez trudu nawet ze 180 kilogramami, oni odstąpili jednak od tego zamiaru przez wzgląd na ewentualne odkształcenia zagrażające moim mięś­niom.

Opisana tu metoda oparta jest na znanym fakcie, że myśli­my nie za pomocą słów, ale obrazów. Trenowani w ten sposób zawodnicy koncentrują się wciąż na tym samym celu poprzez wyobrażanie sobie momentu jego osiągnię­cia. Jest to rodzaj mentalnego filmu przedstawiającego ich w szczycie formy – gdy na przykład podczas skoku wzwyż swobodnie szybują nad poprzeczką.

Technika ta okazuje się równie przydatna dla osób mało pewnych siebie. Zeby zwyciężyć, trzeba umieć być zwycięzcą. Żeby zyskać pewność co do własnej wartości, trzeba z szacunkiem patrzeć na siebie samego, cenić się wysoko. Gdy stajemy przed trudnymi zadaniami, powin­niśmy uruchomić naszą wyobraźnię i poprzez nią zobaczyć siebie w pozycji sukcesu.

Niektórzy autorzy chrześcijańscy zaatakowali ostatnio tę metodę jako niechrześcijańską, trącącą jakoby okultystyczną wizualizacją. No cóż, różnica może rzeczywiście okazać się dość trudna do sprecyzowania dla niektórych osób. Kluczem do rozróżnienia jest źródło mocy i zdefiniowanie wiary. Zaw­sze będziemy wiedzieli, czy taka wiara jest stanem emocji, czy zaufaniem Słowu Bożemu, a źródłem Jezus czy jakiś bliżej nieokreślony byt. Nie kto inny, lecz właśnie Pismo Święte wielokrotnie nas napomina, abyśmy modlili się z wia­rą do Boga Żywego, bowiem to, czy nasze prośby zostaną wysłuchane, zależy również od intensywności naszej wiary.

W umysłach ludzi, którzy dawno uznali się za przegra­nych, też przewija się taka taśmy filmowa, tylko że na niej są nagrane wyłącznie obrazy klęsk. Uporczywie powracają do nas niesłychanie żywe wspomnienia wszelkich najgor­szych niepowodzeń, a gdy stajemy przed trudnym zada­niem, ogarnia nas taki sam niepokój, jak dawniej. Pamię­tajmy: umysł myśli obrazami, nie słowami. Ten niepokój powoduje z kolei, że i na przyszłość widzimy siebie w sy­tuacjach, które nieodmiennie kończą się katastrofą. Czasa­mi potrafimy wyobrażać je sobie nader plastycznie: popeł­niamy straszliwą gafę, plajtujemy, obrzuca się nas zgniły­mi jajkami. Ciągłe odtwarzanie w głowie tych przykrych scen staje się niedobrym nawykiem wywierającym wpływ na całość naszych zachowań. Jak słusznie twierdzi Norman Cousins:

Najbardziej pozbawieni pewności siebie są ludzie, u których rozwinęły się obsesyjne lęki – kosztem ich marzeń.

Powiedzmy, że ktoś w drodze do pracy rozmyśla o czeka­jącym go dniu. Wie, że harmonogram ma bardzo napięty. Łatwo sobie wyobrazić, co to będzie: nerwy, kłótnie, lawi­na trudności. W tych warunkach nie obejdzie się bez zmę­czenia i stresu, a popołudnie będzie się wlec w nieskoń­czoność. Mężczyzna jadący do pracy widzi to wszystko tak wyraźnie, jakby siedział przed telewizorem.

Ktoś rzekł kiedyś trafnie: ?Nie jest powiedziane, że spotka nas to, czego chcemy, natomiast to, czego się spo­dziewamy – na pewno”. Jeśli więc oczekujemy koszmar­nego dnia pracy, pełnego problemów i napięć, najprawdo­podobniej będzie on właśnie taki. I odwrotnie. Jeśli potra­fimy szczegółowo i przekonywająco wyobrazić sobie, że cieszą nas wyznaczone na ten dzień zadania, że wykonu­jemy je bez przymusu i napięcia, że współpraca z zespo­łem sprawia nam wielką przyjemność, że wreszcie śmie­chem kwitujemy napotykane po drodze absurdy, a w koń­cu szczęśliwie radzimy sobie ze wszystkimi trudnościami, istnieje duże prawdopodobieństwo, iż rzeczywistość okaże się bardzo zbliżona do tego obrazu. Louis E. Tice, szef Pacific Institute, nazywa to prawem skupienia uwagi: czło­wiek zmierza ku temu, co zaprząta jego myśli.

Tice mówi dalej, że niezmiernie istotne są odpowiedzi na następujące pytania:

  • Jak pragnę widzieć swoją przyszłość?
  • Jaki mam obraz idealnie funkcjonującego małżeństwa?
  • Jak będzie wyglądał mój nowy dom?
  • Jak wyobrażam sobie idealny wieczór w rodzinnym gronie?
  • Jak obraz własnej, doskonale prosperującej firmy jawi się moim oczom?

My, ludzie, przypominamy żyjące magnesy, zatem jeśli tylko dostatecznie plastycznie i wystarczająco często potra­fimy kreować w myślach obrazy rzeczy, sytuacji, wydarzeń, to wywieramy na nie przedziwny wpływ: oto w niepojęty sposób spełniają się nasze wizje. Pewien słynny restaurator zapytany, kiedy zaczął się jego sukces, odparł:

– Kiedy jeszcze sypiałem w parku na ławce. Już wtedy wiedziałem, czego chcę i doskonale umiałem wyobrazić sobie swoją przyszłą restaurację. Miał to być najlepszy tego typu lokal w całym mieście. Urzeczywistnienie tego obrazu było po prostu tylko kwestią czasu.

Thomas Watson senior miał czterdzieści lat, kiedy został dyrektorem generalnym niewielkiej firmy produku­jącej maszyny do plasterkowania wędlin, zegary kontrolne oraz prymitywne maszyny liczące. Watson od razu zrozu­miał – a było to na dziesięć lat przed zastosowaniem kom­putera na skalę przemysłową-jakie perspektywy otwiera­ją się przed maszyną do gromadzenia i przetwarzania da­nych. W duchu i na miarę tych zamysłów przemianował swoje małe przedsiębiorstwo, nadając mu nazwę: Interna­tional Business Machines Corporation. Zapytany pod ko­niec życia, w którym momencie wyobraził sobie IBM jako tak wielką i bogatą firmę, odpowiedział: ?Tak ją sobie wyobrażałem od samego początku”.

Młodzieńcze lata mężczyzny nazwiskiem George Lopez upłynęły w podejrzanej dzielnicy Los Angeles. Żył wtedy – jak mi opowiadał – od bójki do bójki.

Jechałem do dzielnicy portowej San Pedro, parkowa­łem swój samochód i oparty o maską czekałem na ja­kiegoś członka młodzieżowego gangu, żeby go zacze­pić i sprowokować do walki. Tak szlifowałem swoje umiejętności. Za to w szkole – byłem wtedy w liceum

–    zupełnie się nie uczyłem, zbierałem same trójki, i to przeważnie z minusem. W ostatniej klasie dwaj moi kumple oświadczyli, że idą do college ‚u.

–    Co to takiego ten college? – spytałem.

–    Hm – wzruszyli ramionami – idzie się tam po liceum. Powiedziałem sobie, że gdzie moi kumple, tam i ja, no i jesienią następnego roku znalazłem się w publicznym college ‚u El Camino. Jako że nie miałem nawyku ucze­nia się, a zajęcia jak zwykle opuszczałem, więc w ciągu niewielu tygodni znalazłem się na najlepszej drodze do wydalenia z uczelni. Mnie tam było wszystko jedno i pewnie bym wyleciał, gdyby nie profesor Donald R. Haydu, nauczyciel historii, który nie wiadomo dlacze­go zainteresował się moją osobą, poprosił mnie na rozmowę i zaczął mówić o moich życiowych szansach. Żaden nauczyciel nigdy jeszcze nie rozmawiał ze mną w taki sposób. Pomijam już, jak do tego doszedłem – o, były to zawiłe kalkulacje! – w każdym razie w następ­nym semestrze podjąłem ważną decyzję: zostanę leka­rzem. Do końca życia nie zapomnę dnia, w którym powziąłem to postanowienie. Wcześniej już wyliczyłem, te cała edukacja kosztować będzie 55 tysięcy dolarów, a ja miałem w kieszeni wszystkiego 44 centy. Ojciec od początku był przeciwny mojemu pójściu do college’u; zapowiedział też, te nie stać go na taką pomoc. Ja mimo to wiedziałem, te jakoś to będzie, zostanę lekarzem, musi się znaleźć jakiś sposób. Kiedy zacząłem uczęszczać na zajęcia z chemii orga­nicznej, mocno odstawałem poziomem wiedzy od kole­gów, więc z wyprzedzeniem czytałem materiał następ­nego wykładu – raz, potem drugi – żeby jakoś rozgryźć ten problem. Skończywszy dany rozdział, brałem się za niego znowu – tym razem od końca. Nawet i wtedy nie rozumiałem wielu rzeczy, no ale szedłem na wykład z materiałem przeczytanym trzy lub cztery razy, tak te wystarczyło zadać odpowiednie pytanie, aby brakują­ce kawałki łamigłówki wskoczyły na miejsce. Wychodziłem z domu o szóstej rano i siedziałem na uczelni do jedenastej wieczorem – at do zamknięcia biblioteki. Wracając pieszo do domu, myślałem o sobie jut jak o lekarzu. ?Doktor medycyny George Lopez” – wyraźnie widziałem tę tabliczkę na drzwiach swego przyszłego gabinetu. Wyobrażałem sobie, jak badam pacjentów, wykonuję zabiegi, wdrażam nowatorskie metody i urządzenia medyczne. Przewijałem w głowie tę taśmę dziesiątki razy i pewien jestem, że tylko dzięki temu budziłem się następnego ranka pełen nowych sił i energii.

A rezultat? Dr George Lopez ukończył studia z wyróżnie­niem; niebawem stanął na czele grupy lekarzy, którzy wspólnie otworzyli prywatną praktykę, a obecnie jest właścicielem firmy, która produkuje na rynek sześć opa­tentowanych środków medycznych. Dzięki nim już w naj­bliższym dziesięcioleciu uda się uratować tysiące ludzkich istnień.

A oto kilka wskazówek praktycznych dotyczących bu­dowania wizji:

1.    Wyznacz sobie stały czas i miejsce. Ci, którzy budu­ją swoją wizję celu, przeznaczają na to zwykle 15-20 minut dziennie – podobnie jak kiedyś dr Lopez. Można to robić jadąc do pracy środkiem komunikacji publicznej, podczas lunchu, wczesnym rankiem albo pod koniec dnia, wszyst­ko jedno, ważne, aby działo się to zawsze o tej samej porze i w tym samym miejscu, gdyż powtarzające się sytuacje ułatwiają nam utrzymanie systematyczności. Skoncentruj­my się na marzeniach. Wyobraźmy sobie, jak dochodzi do realizacji celu. Nie bójmy się już teraz zakosztować smaku sukcesu. Trzeba przy tym przez cały czas przeciwstawiać się myślom destruktywnym. Zwłaszcza te głęboko zako­rzenione lubią nas zaciekle atakować, dlatego trzeba dłu­giego czasu i ćwiczeń, zanim uda się je przekształcić w pełne optymizmu i wiary spojrzenie w przyszłość.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.