Lubią przestawać z ludźmi pobudzającymi w nich ducha nonkomformizmu

Rzadki to i cenny przywilej mieć wokół siebie ludzi lojalnych, stwarzających nam poczucie bezpieczeństwa, a nade wszystko przestrzeń, w której możemy być sobą. Powinniśmy nie tylko wysoko ich cenić, ale stwarzać im w rewanżu taką samą sferę wolności, z jakiej dzięki nim korzystamy. Mnie spotkało prawdziwe szczęście w osobie żony, która pozwala mi mieć swoje dziwactwa. Oboje krążymy chwilami po cał­kiem odrębnych orbitach, mamy innych przyjaciół, różne ambicje, ale jakaż to radość spotkać się wieczorem, opo­wiedzieć sobie o wydarzeniach minionego dnia, który każ­de z nas przeżyło inaczej, no i być kochanym bez koniecz­ności dokonywania w sobie jakichś korekt czy udawania, że jest się tym, kim się nie jest.

Podobna więź łączy mnie z Markiem Svenssonem, z którym od osiemnastu lat spotykam się co tydzień na lunchu. Na pozór niewiele mamy z sobą wspólnego. Mark, przybysz ze Szwecji, jest ode mnie starszy. Ja pół życia strawiłem na różnych studiach, on nie przywiązywał wagi do edukacji formalnej. On uwielbia operę, ja wcale. A jed­nak niecierpliwie wyglądam tych naszych spotkań, bo czas pokazał, że w towarzystwie Marka mogę czuć się wolny. On mi to umożliwia.

Gdy ogarnia mnie euforia pisarska, mogę więc porozwodzić się przed nim o książce, nad którą akurat pracuję; kiedy indziej zaczynam wylewać swoje żale na całe zło, które mnie spotyka, na tych ludzi, którzy jakby się sprzy­sięgli, żeby mnie dobić… Nie wszystkie moje cechy, jak sądzę, wydają się Markowi sympatyczne, mimo to jestem pewien, że z tego powodu nie zerwie on naszej przyjaźni.

Dlaczego? Ano chyba dlatego, że i on ma w sobie wiele z nonkomformisty.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.