Niezależność od rodziców

U progu kariery artystycznej znaną aktorkę teatralną i filmową Marlo Thomas nękały wątpliwości: Jak ją przyj­mie publiczność? Czy widzowie nie zaczną jej porówny­wać z utalentowanym ojcem – Danny Thomasem? Czy wyda im się równie dobra, równie zabawna? Sam Danny odniósł się do sprawy krótko i bez ceregieli:

– Rasowa z ciebie klacz, córeczko – orzekł od razu – a taki koń czystej krwi biegnie, nie oglądając się na rywali. Sam sobie narzuca tempo.

Marlo zaangażowała się właśnie do letniego teatru objazdowego, gdy któregoś wieczoru tuż przed spekta­klem do jej garderoby przyniesiono jakąś paczkę. W środ­ku znajdowała się para końskich osłon na oczy oraz bilecik skreślony ręką ojca: ?Rozgrywaj swój bieg, dziecinko”.

Mądrym ojcem był ten Danny Thomas! Większość rodziców nie daje dzieciom takiej swobody wyboru, one zaś z powodu skomplikowanych często układów rodzin­nych, w których przychodzi im się wychowywać, podle­gają później – już jako dorośli ludzie – okresowym przy­pływom wyrzutów sumienia i dotkliwego poczucia winy. Zdarza się to nieraz w wiele lat po śmierci rodziców. W swojej praktyce stykam się z tym nieustannie i nie mogę się wprost nadziwić niesłychanej żywotności tych tak prze­cież odległych konfliktów rodzinnych: że też potrafią drę­czyć nas nawet zza grobu! Jedna z moich pacjentek, pani po siedemdziesiątce (ma zresztą za sobą bardzo udaną karierę zawodową), zmuszona była poddać się psychote­rapii, ponieważ co noc śniła jej się matka, wytykająca dawne nieporozumienia. Matka mojej pacjentki zmarła 51 lat temu!

Dlatego drugi z kolei krok na drodze do niezależności wiąże się z problemem rodziców:

ZAWRZYJ Z RODZICAMI POKÓJ NA OPTYMALNYCH WARUNKACH.

Ulicą biegnie mężczyzna w dresie. Przysiada nagle na krawężniku i wybucha niepohamowanym szlochem. Na szczęście rzecz dzieje się późnym wieczorem w odległości trzech kilometrów od domu, więc sąsiedzi tego nie widzą. Tylko że zdarza się to nie po raz pierwszy. Prawdę mówiąc, zwierza mi się, ilekroć zaaplikuje sobie większą niż zwykle porcję joggingu, już niemal automatycznie reaguje na to płaczem.

Mam przed sobą mężczyznę, któremu wedle pow­szechnie przyjętych kryteriów wiedzie się nadzwyczajnie. Jest świetnym chirurgiem, który połowę swego czasu po­święcą szkoleniu lekarzy specjalizujących się w tej dzie­dzinie, mieszka w wielkim, stylowo urządzonym dwupię­trowym domu, o oknach z szybkami oprawnymi w ołów, wyposażonym w kilka zabytkowych kominków. Mężczy­zna ten jest wysokim, smukłym blondynem żonatym z in­teligentną, pełną życia kobietą, z którą ma dwoje dzieci równie ładnych i mądrych, jak ich rodzice.

Już podczas pierwszego spotkania wychodzi na jaw, że mimo tych zewnętrznych atrybutów powodzenia pacjent boryka się z jakimś niezrozumiałym cierpieniem emocjo­nalnym i że nęka go gwałtowna odraza do samego siebie. Spośród spraw, o które się obwinia, przytoczę jedną, wciąż zresztą powracającą w jego wypowiedziach: niedostatecz­nie przykładał się do nauki w czasie studiów medycznych, nie wyniósł też z nich tyle korzyści, ile powinien. Dla mnie pretensje te zupełnie nie miały sensu, wiedziałem bowiem, że zaraz po ukończeniu studiów proponowano mu katedrę, żadnym sposobem jednak nie potrafiłem przekonać pa­cjenta, że jest w błędzie. Z uporem obstawał przy swoim.

Szybko ustaliliśmy z kolegą, że nasz chirurg nie jest człowiekiem chorym psychicznie – nie słyszy żadnych głosów, ani na moment nie traci kontaktu z rzeczywistoś­cią, pracuje normalnie, a w swoim środowisku zawodo­wym zachowuje się nawet z pewną wyższością. Doszliśmy do wniosku, że to tylko jakieś okaleczenie wewnętrzne, którego przyczyną są niemożliwe do przezwyciężenia lęki i zwątpienie we własną wartość. Symptomy tego były nieco jaskrawsze niż w większości podobnych przypad­ków, skądinąd jednak pan doktor nie różnił się zasadniczo od wielu innych pacjentów. Wszyscy oni na pozór mogli uchodzić za przykład bezdyskusyjnego sukcesu i pewno­ści siebie, ale wystarczyło zajrzeć do wnętrza, by się zdu­mieć na widok panującego tam zamętu. Sami pacjenci zresztą nieskorzy byli go ujawniać z obawy, że otoczenie odwróciłoby się od nich ze wstrętem.

 

W odpowiedzi na rutynowe pytania o przeżycia z dzieciństwa, które by mogły wywołać trwały uraz psy­chiczny, pacjent nie podał nic szczególnego. Jak miałem pomóc takiemu człowiekowi? Podnosić go na duchu, pow­tarzając w kółko, ile to ma tytułów do dumy i z ilu powo­dów powinien czuć się zadowolony z siebie? Nic to by nie pomogło. Widziałem przecież, że tkwi w nim jakieś trudne do zdefiniowania źródło zastarzałych emocji, które czasem przelewają się przez niego jak nagłe fale przypływu. Takie emocje nie biorą się znikąd; prawie na pewno związane są z jakimś dawnym przeżyciem bądź wieloma przeżyciami, zbyt bolesnymi, by mogły pozostać w świadomości. Pa­mięć o nich zanika, emocje trwają.

Poprosiłem pacjenta o więcej szczegółów z dzieciń­stwa. Znaczący wydał mi” się fakt, że prawie nie pamięta okresu sprzed rozwodu rodziców, zapytałem więc o nich. Czy żyją? Czy jest z nimi uczuciowo związany?

– Z mamą bardzo – odpowiedział. – Mieszka w Ohio, więc widuję się z nią raz, dwa razy w roku. Tata jest na miejscu, mieszka sam, ale rzadko się z nim spotykam. Po paru minutach zaczyna mi grać na nerwach. Kocham go mimo to, oczywiście – dodał pospiesznie. – To przecież mój ojciec.

Kiedy tylko poruszyliśmy ten temat, u mego rozmów­cy dały się zauważyć lekkie oznaki skrępowania; mówiąc o ojcu, odwrócił oczy. Mógł to być właściwy trop. W na­stępnym tygodniu powróciliśmy do rozmowy na temat jego dzieciństwa i od razu trafiliśmy w beczkę dziegciu.

Okazało się mianowicie, że ojciec naszego chirurga nie był wcale personą tak godną miłości, za jaką pragnął uważać go syn. Człowiek ten był autentycznym psychopatą, przez co dzieciństwo jego syna, a mego pacjenta, stało się wielką, rozpaczliwą walką o zachowanie własnych zdrowych zmys­łów. Do czasu rozwodu ojciec trafiał do szpitala psychiat­rycznego, to znów z niego wychodził – po to tylko, by okresowo upijać się na umór, no i regularnie bić rodzinę niezależnie od tego, czy był pijany, czy trzeźwy.

Prawie wszystkie wspomnienia tych przeżyć zostały stłumione przez pacjenta, gdy jednak odprężył się w czasie terapii, zaczęły one wypływać na powierzchnię. Przypom­niał sobie z okrutną wyrazistością, ile to razy przysłuchiwał się wieczorami zza ściany, jak oszalały ojciec katuje matkę.

– Leżałem w łóżku – opowiadał – wzywając go myślą: Przyjdź tu, bij mnie, bij mnie jeszcze, ja to mogę wytrzy­mać, ona nie!

Bywają schizofrenicy, którzy mimo pewnych zabu­rzeń pozostają łagodni i kochający, ale tego nieszczęśnika choroba całkowicie strąciła w przepaść szaleństwa. Był typowym paranoikiem – złośliwym i okrutnym – który swoje straszliwe emocje wyładowywał na kobiecie i dwóch małych, bezbronnych chłopcach.

Młodszy brat owego chirurga w końcu się załamał; dziś, jako człowiek dorosły, częściej przebywa w szpitalu psychiatrycznym niż w domu. Nikt nie potrafi powiedzieć, dlaczego jedno dziecko potrafi wytrzymać takie piekło, a drugie nie, w każdym razie memu pacjentowi jakoś się to udało. Starał się w miarę możności jak najczęściej być poza domem, opuścił go też przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Okazało się na szczęście, że ma nie tylko wielką smykałkę do nauki, ale i rzadką zdolność obywania się bez snu. Nocami ślęczał nad książkami, i w taki to sposób – dosłownie od zera – wydźwignął się do swej dzisiejszej pozycji.

Teraz obu nam łatwiej już było zrozumieć, dlaczego podczas pierwszych bytności w moim gabinecie wciąż prześladowała go myśl: ?Coś ze mną jest nie w porządku, zły ze mnie człowiek”. Wiedzieliśmy już to i owo o przy­czynach wewnętrznego strumienia obelg i samoodrazy, który tak gwałtownym nurtem wylewał się z mego pacjen­ta mimo jego widocznych sukcesów życiowych. Stało się oczywiste, od kogo nauczył się mówić o sobie z takim wstydem, nie akceptować siebie, traktować się jak wybra­kowany towar. Jedyne, co mogło dziwić, to pytanie: jakim cudem tak świetnie funkcjonował w świecie zewnę­trznym?

A dlaczego uznawał za prawdę wszystko, co komuni­kował mu ojciec? Dlaczego nie uświadomił sobie, że to szaleniec, więc jego napaści nie mają żadnego uzasadnie­nia? Wymagać od dziecka, żeby umiało oddzielić prawdę od kłamstw w wypowiedziach własnych rodziców, to żą­dać rzeczy niemożliwej. Małe dziecko nie odróżnia rzeczy­wistości od fikcji; ono ufa tym, którzy je karmią, kąpią i przychodzą utulić do snu, gdy taki malutki człowieczek budzi się z płaczem w ciemności. Na to, żeby powiedzieć: ?Ojciec jest chory, więc nie będę przejmował się jego gadaniem”, trzeba podrosnąć o dobrych kilka lat. Gdyby dziecko musiało wypowiedzieć słowa: ?Mój ojciec to wa­riat”, chyba zwariowałoby samo. Łatwiej mu dojść do wniosku: ?Coś ze mną jest nie w porządku, wszystko robię źle, nic nie umiem”. Oceny te wnikają na trwałe w system przekonań dziecka, raniąc przy okazji jego uczucia, i to tak okrutnie, że cała sprawa zostaje zepchnięta gdzieś do pod­świadomości. Tak było właśnie z moim pacjentem; jego wspomnienia związane z dużymi fragmentami dzieciń­stwa zostały kompletnie zablokowane.

Co innego uczucia – te nie dają się tak skutecznie stłumić. Utajone na co dzień w tej specyficznej przecho­walni, którą jest podświadomość, od czasu do czasu wy­skakują na powierzchnię. U mego pacjenta działo się to w chwilach, gdy po pokonaniu w bardzo ostrym tempie pięciu kilometrów zaczynał ciężko dyszeć. A skutek? Oto podziwiany przez wszystkich człowiek sukcesu siadał na krawężniku i zaczynał płakać.

Tak się złożyło, że opowieść ta ma szczęśliwe zakoń­czenie. W ciągu prowadzonej terapii ów wspaniały chirurg miał czas nie tylko przyjrzeć się dokładnie temu, co stano­wiło treść jego tłumionych wspomnień, ale też przetrawić te doświadczenia i ostatecznie odsiać nieaktualne sądy i przekonania wyniesione z nieszczęśliwego dzieciństwa. W miarę jak się to działo, także i te tłumione emocje traciły nad nim swoją władzę. Dziś nie potrzebuje już pomocy psychoterapeuty, a fale wątpienia we własną wartość na­chodzą go naprawdę rzadko.

Jaki wniosek płynie z tej historii? Wyniesione z dzie­ciństwa wewnętrzne poczucie braku wartości może prze­śladować nas bardzo długo; może utrzymywać się nawet i wtedy, gdy już dowiedliśmy wszystkim dookoła swojej wartości. Jak to mówi poeta T. S. Eliot, jesteśmy ?zlepkiem przestarzałych odruchów”. Zrozumienie własnej przesz­łości ma więc głęboki sens; pozwala m. in. zbadać prawid­łowość kryteriów samooceny wszczepionych nam w la­tach dzieciństwa i wczesnej młodości.

Niektórzy po zapoznaniu się z opisanym przykładem mogą zaprotestować: ?Nie chcę wracać do przeszłości. Po co mam otwierać tę puszkę Pandory? I co dobrego przyj­dzie mi ze zwalania wszystkiego na rodziców?” Pytanie to – skądinąd słuszne – doskonale odbija utrwalony w świa­domości społecznej dość powszechny krytycyzm wobec metod psychoterapeutycznych. Mogę powiedzieć na to tylko tyle: Większość psychoterapeutów nie po to grzebie się w przeszłości swoich pacjentów, aby winą za ich prob­lemy obarczać kogoś innego. Zresztą i większość rodzi­ców, pomijając przypadki patologiczne, postępuje zgodnie ze swą najlepszą wiedzą. Nikt też nie powinien oglądać się za siebie w celu znalezienia kozła ofiarnego, na którego można by zrzucić odpowiedzialność za własne problemy. Intencja tego spojrzenia w przeszłość ma być zupełnie inna: chodzi wyłącznie o to, aby dokonać zmian w dotych­czasowych postawach i postępowaniu. Bo tylko ze zrozu­mienia wydarzeń, które doprowadziły nas do dzisiejszej sytuacji, wynikają środki zaradcze. Takie postępowanie niekoniecznie musi rozwiązać od razu sam problem, z pewnością jednak będzie pierwszym skutecznym kro­kiem w tym kierunku.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.