Pojednanie

Bywa przecież i tak, że dopiero jako ludzie w pełni dojrzali dokonujemy wielkiej, pozytywnej zmiany w sto­sunkach z własnymi rodzicami. Coś takiego stało się udzia­łem dr. Harolda H. Bloomfielda, gdy jego ojciec zachorował na raka, a lekarze orzekli, że to ostatnie stadium choroby. Przez wiele lat dzieliła go od rodziców odległość 5 000 kilometrów i choć podczas swych bytności w Nowym Jorku wpadał czasem do nich na godzinkę lub dwie, były to wizyty ograniczone do niezbędnego minimum.

Tylko trzymając na wodzy swoje bardzo sprzeczne uczucia – napisał – udawało mi się nie ulec pokusie wywołania kłótni podczas tych naszych dość wymuszo­nych konwersacji. Nie lubiłem ojca za to, ze zawsze robił z siebie męczennika i tak zażarcie kłócił się o wszystko z matką; wolałem trzymać się od niego Z daleka.

Kiedy jednak wszedł do salki szpitalnej i zobaczył wy­nędzniałego człowieka o pożółkłej skórze, któremu ubyło prawie 14 kilogramów, wszystko się zmieniło. W parę dni później powiedział ojcu:

–     Tatusiu, wierz mi, twoja choroba głęboko mnie po­ruszyła. Przemyślałem swoje postępowanie, tę swoją

chłodną rezerwą… Zrozumiałem teraz, jak bardzo cię kocham. – Pochyliłem się nad nim, chcąc go uścisnąć i poczułem, jak tężeją mu ramiona. – Daj spokój, tato, ja naprawdę chcą cię uściskać. Przez jego twarz przemknął wyraz szoku. Okazywanie uczuć nie leżało w naszych zwyczajach. Gdy sprężył się na mój dotyk, poczułem, że wzbiera we mnie fala niechęci, na końcu języka miałem już słowa: Mnie to niepotrzebne. Jeśli chcesz mnie traktować z tym samym chłodem, co zwykle, proszą cię bardzo, twoja wola! Przez tyle, tyle lat, kiedy to odrzucał każdą moją próbą zbliżenia, przywykłem mówić sobie: No i widzisz, jemu na tym nie zależy! Teraz nagle uświadomiłem sobie, że to nie tylko ojcu powinno zależeć na tym uścisku, że mnie potrzebny on jest bodaj tak samo jak jemu. Przysunąłem się bliżej, położyłem jego ramiona na swoje barki, mówiąc:

– Uściśnij mnie! O tak! No jeszcze raz. Świetnie! Można powiedzieć, iż uczyłem go tych uścisków, ale w chwili gdy poczułem na sobie jego ręce, stało się coś dziwnego: nieśmiało wkradło się między nas uczucie. Jakby ktoś potrącił struną miłości. To ja, ja byłem tym pierwszym i cieszą się, że uściska­liśmy się z ojcem, zanim on zmarł. Nie mam o to do niego żalu. Musiał przecież dokonać czegoś bardzo trudnego: zmiany utrwalonych przez całe życie nawy­ków -a to wymagało czasu. Widziałem tam w szpitalu, jak pomału je przezwycięża, jak obaj zmierzamy ku lepszemu, jak odnosimy się do siebie coraz czulej i co­raz troskliwiej. Gdzieś w okolicach dwusetnego uścis­ku mój ojciec po raz pierwszy w życiu spontanicznie i głośno wypowiedział słowa ?kocham cię„. (Ojciec doktora Bloomfielda, któremu dawano niecałe sześć miesięcy życia, przeżył w dobrym zdrowiu jeszcze cztery lata.)

Te cztery lata pokoju z rodzicami zaważyły na moim życiu, wywołując w nim ogromną zmianą. Przez ów nowo powstały w mym umyśle kształt miłości i przy­wiązania udało mi się wyzwolić od tłumionych lęków, a także otrzymać i dać wzajemnie więcej uczucia w małżeństwie. Zyskałem też spokój wewnętrzny.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.