Istota chrześcijańskiej pokory

Posiadanie takiej wewnętrznej siły jest sprawą bardzo ważną: niestety, przynajmniej część chrześcijan zdaje się myśleć, iż człowiek prawdziwie pokorny to ten, kto wciąż o sobie mówi, że jest niczym. Żyć po Bożemu to nieko­niecznie chodzić zawsze ze spuszczonym skromnie wzro­kiem, przepraszać, obrzucać samego siebie obelgami i po­niżać. ?Nie mam pamięci do nazwisk”; ?Przepraszam, że pana niepokoję”; ?Ach, ja chyba nigdy nie będę punktual­na”; ?O, w tym to ja jestem całkiem do niczego.”

Biblia ani słowem nie zaleca takiej samodeprecjacji; z psychologicznego zaś punktu widzenia jest ona również rzeczą niebezpieczną. Jeśli pozwolimy takiej skłonności przerodzić się w nawyk, łatwo nabierze ona charakteru samospełniającej się przepowiedni. Wystarczy długo o czymś mówić, by pewnego dnia skonstatować: ?Coś podobnego! Naprawdę nie pamiętam nazwisk, naprawdę stałem się niezręczny, naprawdę gorzej mi się wiedzie.” Dlatego na wszelki wypadek lepiej wyrugować z codzien­nego słownictwa takie negatywne samooceny. Nie wypo­wiadajmy pod swym adresem słów, których spełnienia naprawdę sobie nie życzymy.

U niektórych ludzi samokrytycyzm przypomina nie­mal odruch warunkowy – jak gdyby ktoś specjalnie ćwi­czył się w trudnej sztuce skromności. A tymczasem chrześcijańska pokora – powiada C. S. Lewis – nie wyma­ga od człowieka płaszczenia się czy dezawuowania swoich umiejętności, jak to uczyniła pewna pani na jakimś spot­kaniu towarzyskim, gdy ją poproszono, by zasiadła do fortepianu: ?Ależ nie, gram bardzo słabo, są tu na pewno inni, którzy potrafią robić to dużo lepiej”. Cytowana osoba, mówiąc tak, wiedziała doskonale, że w tym towarzystwie właśnie ona jest najlepszą pianistką. Taka postawa – do­wodzi dalej C. S. Lewis – to nie pokora, tylko fałszywa skromność. Pokorą byłaby tu świadomość i satysfakcja, że się jest niezłą pianistką, aczkolwiek bez popadania z tego powodu w dumę, bo człowiek prawdziwie pokorny wie, że jego talent pochodzi od Boga. Tak, uwielbienie dla Naj­wyższego jest tą zasadniczą kotwicą, która trzyma na wodzy naszą pewność siebie, nie pozwalając jej prze­kształcić się w pychę.

Wciąż powtarzałem w tych rozważaniach, że to nasz obowiązek wysoko się cenić, widzieć w sobie dzieło rąk Boga, w cudowny sposób stworzone na Jego Boskie podo­bieństwo. Mamy ponadto pewność, że Pan darzy nas miłoś­cią, zna nasze imiona, troszczy się o naszą pomyślność, że przygotował nam miejsce w Królestwie Niebieskim, byśmy u Jego boku mogli żyć wiecznie. Świadomości tego wszys­tkiego nie dano nam przecież dla arogancji i pychy.

Odbyłem kiedyś podróż w interesach w towarzystwie pewnego przedsiębiorcy budowlanego. Jest to człowiek ogromnie sugestywny, świetny szef swojej ekipy, ktoś budzący zresztą respekt u wszystkich, niewątpliwie także i za sprawą swoich cech zewnętrznych – 195 centymetrów wzrostu, potężna budowa, dłonie wielkości rękawic bok­serskich – ale nie tylko. Z mężczyzny tego emanuje dys­tynkcja i niezachwiana pewność siebie; otoczenie wyczu­wa natychmiast, że osobnik ów ma żelazny charakter.

Już w pierwszym dniu naszej podróży miałem okazję poznać naocznie ?źródło” tej jego siły. Było to wieczorem. Zapaliłem lampkę przy łóżku i ułożywszy się na plecach, rozpostarłem przed sobą jakieś pismo. To taki mój wie­czorny rytuał. Robię to zawsze przed spaniem chyba już od lat trzydziestu.

Mój towarzysz postąpił inaczej. Zapalił lampkę, ukląkł przy łóżku i zaczął cicho modlić się. Nie umiem opisać, co czułem, kiedy zerknąwszy mimo woli w bok, zobaczyłem go zatopionego w rozmowie z Najwyższym. Ktoś taki jak James Joyce nazwałby to chyba objawieniem – doświad­czyłem jednej z tych rzadkich chwil, kiedy to spływa na nas olśnienie i wszystko nagle staje się jasne.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.