Jak sobie radzić z odrzuceniem

Dam jej na imię Brenda, chociaż wiele kobiet pasowa­łoby do tego opisu. Kiedy ją poznałem, przypominała wystraszonego ptaka. Była uderzająco piękna, inteligent­na, elegancka, więc dopiero kiedy zaczęła mi opowiadać o swojej samotności, fatalnych stosunkach z ludźmi, zro­zumiałem, jak bardzo jest nieszczęśliwa, jak rozpaczliwie tęskni za kimś, kto ofiarowałby jej miłość.

Kiedy przed laty po raz pierwszy w swojej praktyce zetknąłem się z kobietami podobnymi do Brendy, skłonny byłem przypuszczać, że przesadzają, przedstawiając mi swoją sytuację w tak ponurych barwach. To niemożliwe – myślałem. – Taka ładna kobieta musi mieć wielbicieli na kopy i tyle samo okazji do zakochania się. Ten pochopny wniosek świadczy tylko o mej ówczesnej naiwności: zu­pełnie nie miałem pojęcia, jakie kobiece walory najbar­dziej działają na mężczyzn. Prowadząca na ten temat ba­dania Alexandra Penny poprosiła stu panów o zdefiniowa­nie słowa ?seksowna”. Oto siedem określeń najczęściej powtarzających się w ich odpowiedziach: ?pewna siebie”, ?opanowana”, ?inteligentna”, ?polegająca na sobie”, ?życzliwa”, ?kobieca”, ?swobodna”. Piękno twarzy i zmysłowe kształty znalazły się na samym dole listy; nikt nie odpowiedział, że pragnie dziewczyny o wyglądzie mo­delki.

Jak to się stało, że Brendzie obdarzonej tyloma walo­rami zewnętrznymi zabrakło pewności siebie, która – jak widać – szczególnie pociąga mężczyzn? Uporczywie tkwi jej w pamięci bolesne doświadczenie z okresu dojrzewa­nia. W wieku lat dziewięciu urosła nagle o prawie trzynaś­cie centymetrów, w szkole średniej też była najwyższą dziewczyną w klasie. Przestała wreszcie rosnąć, osiągnąw­szy 180 centymetrów. Teraz, gdy jest dojrzałą kobietą, wzrost ten znakomicie uwydatnia jej urodę, ale Brenda nie może w to uwierzyć, tak jak nie potrafi wyrzucić z pamięci wspomnień ze szkolnych zabaw, kiedy to wszystkie jej koleżanki porywano do tańca, a ona jedna tkwiła pod ścianą.

– Pan pewnie nie wie, jak to jest, doktorze McGinnis, kiedy dziewczyny na zabawie nikt nie zaprosi do tańca. Tylko jej! – mówi z goryczą. – Człowiek czuje się w takiej sytuacji jak śmieć.

I oto mamy kobietę, w której siedzi coś, jakby pasażer na gapę: bojaźliwe, strasznie nieśmiałe dziecko nieustan­nie ostrzegające ją przed sytuacjami grożącymi kolejnym odrzuceniem. W rezultacie tego wszystkiego Brenda stała się zalęknioną, zamkniętą w sobie istotą. Bardzo rzadko decyduje się pójść gdzieś, gdzie może poznać jakichś mężczyzn, a kiedy już zupełnie wyjątkowo zgadza się z kimś umówić, jest chłodna i pełna rezerwy. Zwija też żagle natychmiast, gdy tylko na horyzoncie takiej znajo­mości pojawi się najmniejsza chmurka. Nietrudno to zro­zumieć – Brenda dobrze pamięta ból odrzucenia; gotowa jest zrobić wszystko, byle go już nie doświadczać.

Mój znajomy imieniem Harry od czterech lat, to jest od chwili, gdy porzuciła go żona, prawie nie wychodzi z sute­reny, gdzie ma swój podręczny warsztat. Kiedyś był z niego człowiek szalenie towarzyski, żartowniś, doskonały mąż i ojciec uwielbiający nadmorskie rodzinne pikniki, ale gdy Joan wystąpiła o rozwód, coś w nim pękło. Nie spotyka się z kobietami, rzadko odwiedza dzieci (a kiedy to robi, jest przygaszony i milczący), telefonów od znajomych nie od­biera, pozostawiając to automatycznej sekretarce.

Można by pomyśleć, że to złość i gorycz każą mu pędzić ten pustelniczy żywot, ale nie, Harry nie jest zgorz­kniały, znajduje się tylko w głębokiej depresji. Nabrał przeświadczenia, że jeśli ta, która znała go jak nikt w świe­cie, nie chciała dłużej dzielić z nim życia, to co dopiero jakaś obca kobieta! Nie ma szans żadnej się spodobać. A przyjaciele, dzieci? Cóż, dzwonią do niego z litości.

Chociaż nie wszyscy jesteśmy aż tak pokiereszowani psychicznie jak Brenda czy Harry, to jednak każdy zaznał odrzucenia, a co ważniejsze, zakosztuje go niechybnie znowu – i to nie po raz ostatni. Dlatego tak ważne jest to, czy potrafimy radzić sobie z odrzuceniem. Można powie­dzieć, że wśród czynników kształtujących nie tylko wize­runek własny, ale i decydujących o życiowych sukcesach ten należy do najważniejszych. I tu miłość po raz kolejny staje się drogą wiodącą ku pewności siebie. Pamiętaj:

NIE TRAĆ INICJATYWY, NIE DAWAJ ZA WYGRANĄ, NAWET JEŚLI SPOTKAŁO CIĘ ODRZUCENIE.

Jest to zresztą kardynalna zasada postępowania, doty­cząca nie tylko związków uczuciowych, lecz i wszelkich w ogóle przedsięwzięć. Podczas seminarium dla szefów firm marketingowych, dla których miałem jeden wykład, poznałem pewnego kierownika przedsiębiorstwa handlo­wego, który całe życie zajmował się sprzedażą – z ogrom­nym, trzeba dodać, powodzeniem. Trochę mnie to zdziwi­ło, bo z początku nie dostrzegłem w nim cech kojarzących się dość powszechnie z dobrym handlowcem. Głos miał bardzo wysoki, trochę nawet piskliwy, a mówił tak szybko, że chwilami trudno go było zrozumieć. Jego uściskowi dłoni brakowało energii, nie demonstrował też obowiązko­wo otwartego spojrzenia ?prosto w oczy”, przeciwnie, wy­dawał się raczej nieśmiały.

–    Dzięki czemu odniósł pan takie sukcesy? – zapy­tałem.

–    O tym, czy jest się dobrym sprzedawcą, decyduje tylko jedno – odpowiedział. – To, czy człowiek umie przyjąć odmowę. Tak, to jest ten jedyny warunek sukcesu. Bez niego nie ma o czym marzyć.

Dokładnie tak samo jest z miłością i przyjaźnią. Znam wielu ludzi odrzuconych – mają za sobą nieudane romanse, rozwody, żyją w poróżnionych rodzinach. Na skutek tych niedobrych doświadczeń stają się coraz ostrożniejsi, coraz bardziej przekonani o tym, że i inni potraktują ich w ten sam sposób. I tak powstaje błędne koło: im bardziej boją się odrzucenia, tym częściej ich ono spotyka. Stopniowo zamykają się w sobie, co ludzie postronni biorą za rezerwę i co ich dokładnie zraża, więc odrzucenia sypią się już teraz lawinowo, pechowiec zaś otacza się pancerzem zupełnie nie do przebicia.

Nieporozumieniem byłoby sądzić, że zwątpienie w siebie zawsze wyrasta, jak to niektórzy sugerują, na podłożu urazów z dzieciństwa. Philip G. Zimbardo, psy­cholog, profesor Uniwersytetu Stanford, który prowadził dziesięcioletnie badania nad przyczynami nieśmiałości, stwierdził wprawdzie, że całe 40 procent Amerykanów uważa się za wolnych od tej cechy, ale odkrył też rzecz zadziwiającą: aż 25 procent ?nieśmiałków” podało, że nabawiło się tej przypadłości już w wieku dojrzałym.

Zdarzają się jednak i odwrotne wypadki: ludzie ciężko doświadczeni przez swoich bliskich, którzy wyszli z tej próby nawet bardziej opanowani i dużo bardziej skorzy do miłości.

Jest ósma wieczorem, rzecz dzieje się w audytorium Grace Rainey Rogers w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Zza kulis wyłania się pani po sześćdzie­siątce i szybkim krokiem zmierza ku środkowi estrady. Sala wypełniona po brzegi, bilety na cały cykl prelekcji wyprzedano na pół roku z góry – tak jest zawsze, gdy Rosamond Bernier wygłasza swoje bogato ilustrowane wykłady. Tak samo wygląda sytuacja w innych znakomi­tych instytucjach, które rokrocznie przesyłają jej swoje zaproszenia – National Gallery w Waszyngtonie, Institute of Arts w Minneapolis, County Museum of Art w Los Angeles – żeby wymienić tylko najsłynniejsze. Sama pani Bernier powiada, że za mniej niż pięć tysięcy dolarów obecnie ?nawet nie otwiera ust”, a zaproszeń ma więcej, niż może przyjąć. Calvin Trillin tak pisze o niej na łamach ?New Yorkera”:

Rosamond Bernier jest jak wytrawna aktorka. Robi to czterdzieści, pięćdziesiąt razy do roku, a potrafi przez cały wieczór płynąć po oceanie wiedzy Z taką pewno­ścią siebie, brawurą i błyskotliwością, że nie ma mowy o nudzie. (…) Głos jej emanuje takim ożywieniem, że publiczność zamienia się w słuch. Życie jest wspaniałe – można wyczytać między wierszami – a jeśli nawet czasami niezupełnie, to są przecież ludzie – wielcy malarze i nie tylko – dzięki którym wydaje się lepsze.

Czy Rosamond Bernier zawsze ?była na fali”, zawsze jej się tak wiodło? Skądże! Życiowy dramat naszej boha­terki dobrze znany jest w kręgu ludzi sztuki i on to właśnie tworzy wokół jej osoby aurę pewnej niezwykłości. Porzu­cona przez męża, który rozwiódł się z nią po dwudziestu latach małżeństwa, Rosamond Bernier została nagle poz­bawiona wszystkiego, co miało dla niej jakiekolwiek znacznie: paryskiego apartamentu, wiejskiej posiadłości z ogrodem, a co najgorsze, magazynu poświęconego sztu­ce, założonego i wydawanego przez wiele lat wspólnie z mężem. Patrząc na nią dzisiaj, trudno uwierzyć, że to ta sama Rosamond, którą wstrząs i rozpacz przyprawiły o dwuletnią niezdolność do wszelkich uczuć. Dopiero w roku 1969 Michael Mahoney, historyk sztuki, usłyszaw­szy przypadkiem, w jaki sposób Rosamond objaśnia zna­jomej surrealizm, zachwycił się zarówno jej entuzjastycz­nym stosunkiem do przedmiotu, jak i świetnie podanymi anegdotami. Nic nie mówiąc zainteresowanej, załatwił jej cykl czternastu wykładów w Trinity College w Hartford. Dowiedziawszy się o tym zdrętwiała, ale już po pierwszej prelekcji stało się jasne, że potrafi przykuć uwagę słucha­czy. Tak zaczął się jej ?cudowny” powrót do świata i nowa, wspaniała kariera. Rosamond otrzymuje dziś mnóstwo listów od kobiet, prawie każdy zawiera takie zdanie: ?Pani przykład daje mi nadzieję”. Jej drugie małżeństwo z Joh­nem Russellem, czołowym krytykiem sztuki, głównym recenzentem ?New York Timesa”, okazało się szczęśliwe. Od kobiet, które spotkał los podobnie niefortunny, jak niegdyś ją, Rosamond odbiera wyrazy podziwu głównie za to, że jako osoba w średnim już wieku potrafiła tak wspa­niale odbudować swoje życie, że nie stała się ofiarą, nie zamknęła się w sobie.

Zamknięcie się w sobie, częściej niż cokolwiek inne­go, jest przyczyną samotności wielu ludzi. Jakie zastoso­wać tu antidotum, inaczej mówiąc, jak radzić sobie z od­rzuceniem, by nie wyrządzało ono takich spustoszeń w na­szym mniemaniu o sobie? Należy w tym celu przyjąć kilka ważnych założeń strategicznych:

Założenie 1: Bądź przygotowany na odrzucenie. Koń­czy się nagle jakiś bliski związek, ktoś dotąd życzliwy staje się niemiłym złośliwcem, a serdeczny znajomy zmienia się w opryskliwego zarozumialca. Nie spodziewałeś się tego, więc atak ugodził cię mocniej, boleśniej. Jednak pamiętaj, że każdemu, kto próbuje zrobić dla siebie coś ważnego, odmienić jakoś swoje losy, muszą się zdarzać potknięcia, to rzecz zwykła, a pewne związki umierają śmiercią natu­ralną- usychają na podobieństwo roślin. Kiedy wyciągasz rękę do człowieka, a ten ją z pogardą odtrąca, pamiętaj, że i to się zdarza.

Powiedzmy, że poznaję osobę, z którą chciałbym się zaprzyjaźnić. Załóżmy, że nie wchodzi tu w grę żaden flirt. On czy ona to po prostu ktoś, kto budzi moją sympatię. Zaczynam zabiegać o względy tej osoby, wyciągam rękę, ale druga strona przejawia małe oznaki zainteresowania. Próbuję jeszcze kilkakrotnie – proponuję kolację, zapra­szam do domu, niestety, moja inicjatywa za każdym razem zostaje odrzucona. Czy to koniecznie musi oznaczać, że wina leży po mojej stronie, że ze mną coś nie w porządku? Nie. Być może tamtej osobie okoliczności życiowe tak się ułożyły, że gdybym wystąpił ze swą propozycją rok wcześ­niej albo rok później, spotkałbym się z bardzo przychylną reakcją, a teraz akurat nie. A może przy bliższym poznaniu okazałoby się, że niewiele mamy z sobą wspólnego i tak się składa, że ta druga strona zauważyła to wcześniej niż ja. I to też wcale nie znaczy, że jestem mało wart, że mam w sobie jakąś skazę.

Założenie 2: Rozważ, czy się nie mylisz. Może to, co bierzesz za odrzucenie, w rzeczywistości wcale nim nie jest. Smutna to rzecz, oglądając się za siebie dojść do wniosku, że z takich czy innych powodów człowiek sam zaprzepaścił szanse na miłość – na jej dawanie i branie. Na przykład pisarz i krytyk, Edward Dahlberg bardzo pragnął poznać osobiście Theodore’a Dreisera, ale długo nie śmiał przeszkadzać sędziwemu już, wielkiemu pisarzowi. ?Gdy­bym do niego zadzwonił – rozmyślał – on pewnie odło­żyłby słuchawkę, a ja poczułbym się śmiertelnie dotknię­ty.” W końcu podjął to ryzyko, a Dreiser od razu zaprosił go do siebie. Oto przejmująca relacja Dahlberga z przebie­gu ich dalszej znajomości:

Kontynuowałem spotkania z Dreiserem, wciąż jednak tkwiło we mnie przekonanie, że marnuje on ze mną swoje cenne godziny. W długi czas po jego śmierci przeczytałem, że w okresie, kiedy zawarliśmy znajo­mość, zmarł najbliższy przyjaciel Dreisera, a on sam miał nadzieją, iż ja, Edward Dahlberg, zajmą miejsce tej najbliższej osoby. Od tego czasu nawiedzają mnie gorzkie wyrzuty sumienia. Dobry Boże, Theodore Dreiser mnie potrzebował, tymczasem ja, który w każ­dej przyjaźni byłem zawsze takim żebrakiem, ja sobie nie uświadomiłem, jak strasznie byłem mu potrzebny!

Założenie 3: Zrozum, że są ludzie, którzy odrzucą każdego. Może zdarzyć się tak, że ktoś odniósł kiedyś bolesny uraz i broniąc się przed powtórką tej sytuacji, odrzuca teraz każdego, kto się do niego zbliży. Trzeba powiedzieć sobie wtedy: nie jestem wyjątkiem. Wybrana przeze mnie osoba rewanżuje się światu za swój ból, rozdając ciosy na oślep. Mnie dostało się to, co należało się komuś innemu, trudno.

Jako doradca, wciąż spotykam się z osobami, o któ­rych można powiedzieć, że mają na sumieniu legiony, jeśli chodzi o liczbę odrzuconych przez siebie osób. Są to na przykład niepewni, trawieni gniewem mężczyźni, dokonu­jący ciągłych uwodzicielskich podbojów. Osiągnąwszy cel, rzucają ?zdobycz” i szukają następnej. Jeśli jakaś ko­bieta trafi kolejno na dwóch czy trzech takich facetów, zazwyczaj dochodzi do wniosku: Mam widać w sobie jakąś poważną skazę. Rzecz tymczasem ma się całkiem inaczej: padła ofiarą przypadku, który postawił jej na dro­dze kilku identycznych osobników, skrzętnie ukrywają­cych przed nią swoje złośliwe zamiary.

Założenie 4: Ucz się z dotychczasowych doświadczeń. Tak to już jest, że ten, kto strzela do tarczy, nie zamart­wiając się o wynik, trafia często w dziesiątkę. Czy to zna­czy, że ma lekceważyć wszystko, czego się uczył przy poprzednich strzałach? Pewnie, że nie. Rozumowanie po­winno przebiegać tak: Skoro już kilka razy zostałem od­trącony, kto wie, czy sam bezwiednie nie przyczyniam się do tego w jakiś sposób. Głupotą byłoby nie chcieć się dowiedzieć, co to takiego. Zakładając, że istotnie popełni­łem jakieś błędy, uświadomiwszy je sobie, będę mógł zmienić coś w sobie lub w swoim postępowaniu, jeśli uz­nam to za stosowne. Mogę po prostu zapytać o to osobę, która odrzuciła moje starania, albo któregoś z przyjaciół, choć nie jest rzeczą łatwą postawić komuś pytanie typu: ?Chyba nie wiedzie mi się w przyjaźni. Kolejny raz już coś knocę. Jak myślisz, na czym polega błąd?” Pytanie takie wystawia nieraz człowieka na wielką przykrość, ale gdy się na to odważy, ma szansę sporo się nauczyć.

Założenie 5: Przyznaj sobie prawo do gniewu. W pew­nych sytuacjach osobie odtrąconej, która odkryła w swoim postępowaniu jakiś błąd, wypada przeprosić drugą stronę, ale bywa i tak, że stresujące sprawy odreagowujemy gnie­wem. Chcąc uniknąć posądzenia, że zachęcam do gniewu lub innych ostrych reakcji, przedstawię wypadek znajomej imieniem Joan. Jej małżonek, Stewart, nawiązał romans, co gorsza, z najbliższą przyjaciółką żony. A co na to Joan? Po pierwszym szoku i przepłakanej nocy wmówiła sobie, że wszystko, co się stało, to wyłącznie jej wina. Zadając gwałt swoim uczuciom, zadzwoniła do przyjaciółki i po­wiedziała, że rozumie w jaki sposób doszło do takiej sytu­acji. Ma nadzieję, że mimo wszystko pozostaną w przyjaź­ni. Im dłużej Joan rozmyślała o swoim małżeństwie, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że straszliwie za­wiodła męża, i to z niezliczonych powodów. Tego mu nie dawała, tamtego nie rozumiała… Nie spełniała jego po­trzeb, ot, choćby te koszule: nigdy nie nadążała z ich prasowaniem. Po kilku tygodniach usilnej ?pracy nad so­bą” uznała, że to ona powinna przeprosić.

– Wybacz mi, że tak cię unieszczęśliwiłam – poprosiła. – To ja pchnęłam cię w ramiona innej kobiety.

Stewart odrzekł, iż nad tym pomyśli.

Zanim zdążył dojść do jakiejś konkluzji, Joan popadła w depresję samobójczą – a powinna była przecież wpaść w gniew.

Założenie 6: Próbować do skutku. Ci, którzy przeły­kając gorycz odtrącenia, nie zaprzestają nawiązywania kolejnych związków uczuciowych, trafiają w końcu na właściwą osobę, z którą wreszcie wszystko się układa. Po drodze warto pamiętać, że każdy z nas podlega krytyce. Im większy budzimy podziw u jednych, tym ostrzej atakują nas drudzy, im lepiej nam się wiedzie, tym lepszy stano­wimy cel. Nie ma sensu zamykać się w sobie, dlatego że nie znalazło się uznania w czyichś oczach. Należy posta­nowić: Niech mnie odtrącają tyle razy, ile muszą, ja i tak nie dam za wygraną. Będę próbował do skutku i znajdę wreszcie osobę, która obdaruje mnie miłością.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.