Patrząc wokół siebie

Uwielbienie Stwórcy to najlepsze antidotum na pychę. Kolej przyjrzeć się teraz temu, co w codziennym postępo­waniu stanowi swoisty kontrapunkt dla pobożności. Myślę tu o miłosierdziu. Przykazano nam kochać bliźniego swego jak siebie samego. Powinniśmy więc darzyć miłością człon­ków rodziny i przyjaciół, o czym była już mowa, Chrystus wszakże, nakazując nam kochać bliźnich, miał na myśli o wiele więcej, bowiem na pytanie urzędnika sądowego, kim właściwie są ci bliźni, odpowiedział przypowieścią o dobrym Samarytaninie. Kochać mamy wszystkich, którzy cierpią nędzę, jako też tych, którzy są nam obcy. John Gardner, założyciel ?Wspólnej Sprawy” napisał:

Antidotum na nudą jest nie rozrywka, lecz służenie innym. Dopóki ktoś, najbardziej nawet pewny siebie, szuka okazji, aby służyć ludziom i świadczyć im miłość, dopóty nie grozi mu pycha. Kiedy pisarka, Evelyn Underhill, wybrała sobie na spowiednika znanego te­ologa, Freidrichavon Hilgela, udzielił jej następującej rady: Porzuć swoje uczone studia i poświęć dwa popo­łudnia w tygodniu ubogim z londyńskich slumsów. Zej­ście ze sterylnych klasztornych krużganków w obszar brudu i nędzy daje tę równowagę duchową, która jest nam dziś wszystkim szczególnie potrzebna. Współczes­na kultura masowa z jej obsesyjnym egotyzmem prze­ściga się w podsuwaniu nam całkiem innego modelu postępowania: miej ?wszystko”, znajdź szczęście, za­pominając o rodzinie, przyszłych pokoleniach, obo­wiązkach społecznych. Ja, ja i jeszcze raz ja.

Henri Nouwen, katolicki duchowny, przez wielu z nas podziwiany autor bardzo sugestywnych prac z zakresu teologii i psychologii, uczynił gest bardziej wymowny od całej swej teoretycznej argumentacji, gdy w sierpniu 1985 roku opuścił stanowisko harvardzkiego wykładowcy, aby się udać do Francji i tam poświęcić pracy w małej kolonii dla chorych psychicznie. Nim do tego doszło, Nouwen kilka lat wcześniej poznał Jeana Vaniera, założyciela ?Arche” – sieci wspólnot dla ludzi z zaburzeniami emoc­jonalnymi. Zaczęło się to w roku 1964 od domu w Trosly-Breuil, małej wiosce nie opodal Paryża, dokąd Vanier postanowił sprowadzić Raphaela i Phillippe’a, dwóch dłu­goletnich rezydentów szpitali psychiatrycznych, całkowi­cie pozbawionych rodzin i przyjaciół. Jean Vanier posta­nowił stworzyć im dom. Wiedział, że to nieodwracalna decyzja, że w żadnym razie nie będzie mógł odesłać tych ludzi do miejsc ich dotychczasowego pobytu.

Pierwszy dom otrzymał nazwę ,,1’Arche” – arka – bo miał być czymś w rodzaju arki Noego, schronieniem dla zdjętych trwogą ludzi. Jean nie planował zainicjowania całego ruchu ani stworzenia jakiejś wielkiej organizacji – zwyczajnie wziął pod opiekę dwie zupełnie bezradne istoty – lecz oto z różnych stron świata zaczęli zjeżdżać się ludzie, ofiarowując mu pomoc. Był wśród nich Henri Nouwen, najwyraźniej szukający ucieczki od jałowego intelektualizmu harvardzkiego Wydziału Teologii. Do­szedł do wniosku, że woli raczej poświęcić swój czas ludziom, którym potrzebna jest jego pomoc. Będzie ich kąpać, gotować dla nich posiłki – służyć im z całego serca.

Nie każdy oczywiście może rzucić wszystko i oddać się takiej pracy, ale też chrześcijańska służba niekoniecznie musi być zaraz aktem wielkiego heroizmu, nieporównanie częściej jest po prostu gestem zwykłej ludzkiej serdeczno­ści. Nawet osobom zupełnie obcym możemy dać w ten sposób odrobinę radości czy ulgi. Pewien mój znajomy handlowiec na każdy dzień wyznacza sobie dwa zadania: zrobić coś, czego bardzo nie lubi i za wszelką cenę wy­świadczyć komuś przysługę, ale tak, aby nikt w jego oso­bie nie rozpoznał swego dobroczyńcy.

Jakiś dziennikarz spytał kiedyś Matkę Teresę, czym mierzy sukcesy i porażki w swojej działalności. Odpowie­działa, że nie sądzi, aby Bóg operował takimi kategoriami, jak sukces albo porażka. Miarą wszystkiego jest odpo­wiedź na pytanie: Jak bardzo kochasz?

Swoją drogą to naprawdę ciekawe, ile też szacunku mają dla siebie ludzie tacy, jak Matka Teresa czy Henri Nouwen, którzy przecież dają innym tyle miłości. Podej­rzewam, że chyba o tym w ogóle nie myślą. Pewnie każ­dego ranka z zapałem zrywają się co prędzej z łóżka, bo oboje żyją modlitwą i służbą. Tak dużo stoi przed nimi codziennych zadań, że nie mają czasu ani badać swoich stanów emocjonalnych, ani myśleć o tym, czy są dziś jakoś szczególnie zadowoleni. Zbyt wiele czasu zajmuje im roz­dawanie miłości.

Głowimy się nieraz nad tym, co miał na myśli Jezus mówiąc, że aby się odnaleźć, trzeba najpierw utracić siebie.

Dopiero gdy widzimy kogoś takiego, jak Matka Teresa, Henri Nouwen, czy też wspomniany przeze mnie handlo­wiec, doświadczamy przebłysku zrozumienia. Każde z tych trojga obdarzone jest bardzo silną wolą, która jednak nie prowadzi do rozwoju egotyzmu. Dlaczego? Bo poświę­cili się bez reszty miłości Boga i bliźnich.

Nie co innego, lecz właśnie miłość do Boga tworzy fundament naszej tożsamości. Jest ona dla nas źródłem wielkiego pokoju wewnętrznego, a zarazem takim punk­tem odniesienia, który zapewnia równowagę całej naszej osobowości. Dzięki temu właśnie potrafimy zwrócić się ku innym i ofiarować im siebie. Zakrawa to na paradoks, że takie oddanie się bliźnim nie tylko nie zagraża naszemu wyobrażeniu o sobie, ale je wyraźnie umacnia. Widać jest to paradoks pozorny. Za najbardziej jednak zdumiewającą cechę miłości – jak pisze psycholog, Rollo May – trzeba uznać to, że najskuteczniej prowadzi ona do zrozumienia swojej wartości. Pewność siebie, podobnie jak szczęście, potrafią nam umknąć, gdy czynimy je celem samym w so­bie, bardzo lubią natomiast być jakby produktem ubocz­nym innego działania. Oto zatracamy się w służbie dla innych i nagle pewnego dnia otwieramy oczy z poczuciem wielkiej pewności siebie i szczęścia.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.