Znaczenie przyjaźni

Ludzi zasięgających u mnie porad pytam czasami o to, czy łączy ich z kimś znaczący związek uczuciowy.

–    Czy jesteś zakochany? Masz może bliskich przyja­ciół?

–    Nie – pada na ogół odpowiedź. – Nie jestem jeszcze do tego gotowy. Najpierw muszę ?wyprostować” swoje sprawy wewnętrzne, dlatego przychodzę na konsultacje. Później może będę gotów nawiązać z kimś przyjaźń.

To zupełnie tak, jakby siwiejący pan po czterdziestce zwlekał z rozpoczęciem ćwiczeń fizycznych, dopóki nie będzie w formie. Rozwój osobowości musi iść w parze z budowaniem zażyłych związków.

Teoria, że korzystny obraz własnej osoby musi bezwa­runkowo poprzedzać nawiązywanie wszelkich pozytyw­nych relacji międzyludzkich, to kolejny stereotyp rozpow­szechniany dziś zwłaszcza przez autorów popularnych po­radników psychologicznych. Wielu podkreśla z nacis­kiem, że dowartościowanie jednostki to proces, na który nikt z zewnątrz nie powinien mieć wpływu. Wszystko, co wiąże się z poczuciem wartości, trzeba czerpać z własnego wnętrza – sugerują autorzy licznych książek i wykładowcy weekendowych seminariów.

Poruszamy tu kwestię żywo przypominającą dylemat: jajko czy kura? Co było pierwsze? Owszem, im większa pewność siebie, tym lepsze relacje z ludźmi, spójrzmy na to jednak z innej strony: w jakich okolicznościach nabieramy szacunku dla samych siebie? Na pewno nie na bezludnej wyspie, siedząc pod palmą i wpatrując się we własny pępek. Osobowość człowieka w znacznej mierze kształtują otacza­jący go ludzie, tak samo jest i z wizerunkiem własnym jednostki. Do jego poprawy też przyczynia się społeczeń­stwo – i to w sposób bardzo istotny. Tak więc najskutecz­niejszym środkiem wzmacniającym naszą pewność siebie jest ludzka miłość i życzliwość, której trzeba zapewnić sobie w życiu możliwie jak najwięcej. Powinniśmy zrobić wszys­tko, co w naszej mocy, dla skonstruowania wokół siebie rozległej sieci trwałych związków przyjaźni, które staną się nieocenionym fundamentem dla naszego dalszego rozwoju osobowego. Wiele jest dróg, którymi miłość prowadzi ku pewności siebie; pierwsza z nich brzmi:

ZASKARBIAJ SOBIE PRZYJAŹŃ LUDZI, KTÓRZY PO­MOGĄ CI ROZWIJAĆ SIĘ.

Już bardzo długo i ciężko pracuję nad pewną pacjentką po trzydziestce, ale mówię sobie, że te moje męczarnie są niczym w porównaniu z jej życiową udręką, dlatego mu­szę wytrwać. W jakiej sytuacji znajduje się ta kobieta? Mieszka w Los Angeles w olbrzymim ?mrówkowcu”. Ra­no samotnie zjada śniadanie, schodzi do podziemnego garażu po samochód, który, po przybyciu do swego biu­rowca, zostawia w drugim podziemnym garażu, a potem zasiada do pracy. Przez kilka godzin tkwi sama w malut­kiej kabinie, z rzadka tylko kontaktując się z ludźmi pra­cującymi w identycznych otaczających jej pomieszczenie klatkach. Lunch też zwykle je sama; po południu wraca ustaloną trasą do pustego mieszkania, gdzie tylko od wiel­kiego święta chce się jej ugotować jakiś ciepły posiłek: na co dzień połyka coś na stojąco przy zlewozmywaku. Już o siódmej, najwyżej ósmej, kładzie się do łóżka z nadzieją, że uda jej się zasnąć, bo jak mówi: ?Te dziesięć, jedenaście godzin snu to jedyna ucieczka od mojej straszliwej samot­ności”.

Czy można się dziwić, że była już trzy razy leczona w szpitalu i że przez całe swe dorosłe życie poddaje się jakiejś terapii? Starożytni rabini mieli rację, mówiąc: ?Kto zanadto zabrnie w samotność, ten zwariuje”.

Mając przed sobą istotę tak wyobcowaną, nietrudno uznać, że ten zupełny brak przyjaciół to wina samej pa­cjentki, zwłaszcza jej szorstkiego sposobu bycia. Jest w tym oczywiście trochę prawdy. Ta kobieta, która tak desperacko łaknie towarzystwa, szczególnie zaś roman­tycznej miłości, robi, zdaje się, wszystko, żeby odstraszyć każdego, kto się do niej zbliży. Wygładzenie tych ostrych kantów jej osobowości wymaga niesłychanej pracy. I co z nią robić? Skoncentrować się na naprawie okaleczone­go obrazu samej siebie – jak radzą niektórzy specjaliści – a potem rzucić na głęboką wodę między ludzi? Nie, to nic nie da. Muszę po kolei rozwiązywać z nią każdy jej problem dopóty, dopóki nie nastąpi jakaś zmiana w jej tak fatalnie powtarzającym się życiowym schemacie: póki któraś z jej znajomości w końcu nie okrzepnie. Muszę być przy niej, pomóc jej się pozbierać w razie kolejnego roz­padu jakiegoś związku, wykazać popełnione błędy, wpro­wadzić w jej postępowanie takie korekty, które może na­stępnym razem przyniosą tej kobiecie więcej szczęścia.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.