Kościotrup w szafie

Jest wielu takich ludzi, którzy mając wciąż przed ocza­mi swoje dawne błędy, zużywają mnóstwo energii na skrzętne ukrywanie ich przed światem. Tak postępuje na przykład kobieta, która jako nastolatka poddała się aborcji, a obecnie, jako szczęśliwa mężatka, żyje w ciągłym stra­chu, bo a nuż małżonek się o tym dowie, albo rozwiedzio­ny mężczyzna, który pragnie rozwód zataić przed znajo­mymi. Czasami chodzi też o sprawę dużo poważniejszą. Ludzie niepewni siebie robią, co tylko mogą, aby te wstyd­liwe sekrety nie wyszły na jaw, starannie zacierają zatem wszelkie ich ślady, budując całą skomplikowaną sieć kłamstw. W rezultacie zaczynają prowadzić podwójne ży­cie, a że wciąż mają się na baczności, tracą zarówno wew­nętrzną wolność, jak i zmysł twórczy. Wszelka twórczość wymaga bowiem swobody ekspresji, żywiołowości, nie przejmowania się opiniami otoczenia, umiejętności śmia­nia się z samego siebie, a cech tych nie może posiadać człowiek, którego nie stać na pewną pobłażliwość wobec swych niegdysiejszych błędów.

Każdy z nas ma swego kościotrupa w szafie. Przejście obok jej zamkniętych drzwi każdorazowo wywołuje zimny dreszcz, łomotanie w skroniach, brak oddechu, tak że z tru­dem przezwyciężamy szaleńcze pragnienie ucieczki. Psychoterapeuci zachęcają w takich wypadkach do tego, by po prostu otworzyć tę szafę i przyjrzeć się jej zawartości. Przy pierwszej tego rodzaju próbie można z przerażenia zemd­leć, ale przy drugiej nie będzie już tak źle; po kilkunastu czy kilkudziesięciu próbach dobrze ?oswojony” kościo­trup zupełnie przestanie nas straszyć.

Nie twierdzę, że ten makabryczny rekwizyt trzeba pokazywać każdemu, kto przestąpi próg naszego domu. Nie ma żadnej potrzeby urządzać takiego pokazu ani nawet myśleć, że istnieje przymus całkowitego odsłaniania się przed ludźmi, odpowiadania na każde zadane pytanie. Przysługuje nam wszak prawo do prywatności. Tak, ale wybrać moment i osobę, której można zwierzyć się z ja­kiegoś niechlubnego faktu z własnej przeszłości, to jedno, a przez całe życie rozpaczliwie ukrywać przed wszystkimi każdą najdrobniejszą rysę na życiorysie to zupełnie co innego. Warto sobie uświadomić, że postępowanie takie wynika nie ze zwykłego poczucia winy, ale ze wstydu. Popełniamy przy tym często spotykany błąd: wyobrażamy sobie, że nikt na świecie nie ma bardziej kompromitującej przeszłości i że otoczenie dozna wstrząsu na wieść o na­szych haniebnych upadkach.

Co zatem należy robić? Rozliczyć się z własną przesz­łością. Po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że się kiedyś zbłądziło, omówić te swoje błędy z wybranymi ludźmi. Wyznanie takie może pociągnąć za sobą kilka bardzo ważnych konsekwencji. Pierwsza z nich to wyjaśnienie motywów własnego postępku, czy też obiektywnych przy­czyn. Przytoczę tu przypadek jednej z pacjentek, kobiety o niezbyt silnej osobowości. Na parę miesięcy dała się ona wciągnąć w orbitę oddziaływania innej, dla odmiany nie­bywale silnej kobiety, która nakłoniła ją do prostytucji. Pani, o której mowa, szybko zresztą porzuciła ten proce­der; po owym krótkim a niefortunnym incydencie nastąpił dwudziestoletni okres całkowitego celibatu. Pacjentka jest żarliwą katoliczką i jak sama mówi, nie ma wątpliwości, że grzech został jej wybaczony. Dlaczego więc odczuwa wciąż potrzebę dyskutowania ze mną o swojej przeszłości? Dlatego, że nadal nie rozumie, jak się to stało i które z tych dwóch, tak bardzo różnych przecież wcieleń stanowi jej prawdziwą osobowość: młoda dziewczyna, która dwa­dzieścia lat temu posłusznie wykonywała niechlubny pro­ceder, czy też surowa, moralnie czysta kobieta, którą jest obecnie? Najprawdopodobniej żadna z tych postaci nie oddaje w pełni jej osobowości, ale pacjentka potrzebuje czasu, by im się przyjrzeć, zobaczyć je we właściwym świetle Bożej miłości i przebaczenia, pomówić o nich, odpowiedzieć na szereg pytań, słowem, uporządkować swoje myślenie o sobie i Bogu, aby w końcu zrozumieć samą siebie.

Drugą, niesłychanie ważną konsekwencją wyznania grzechów jest oczyszczenie. Duchowni i doradcy, którzy wciąż przecież słyszą od różnych ludzi to samo zdanie: ?Mówię ci o takich sprawach, jakich nie zdradziłem żadnej śmiertelnej istocie”, obserwują potem zawsze reakcję przypominającą przecięcie nabrzmiałego czyraka – trudną do opisania ulgę.

Konsekwencja trzecia to ta, że jeśli słuchacza nie zrażą rewelacje ?winowajcy”, jeśli nadal zechce go cenić, zain­teresowany z dużo większą łatwością potrafi zaakcepto­wać siebie. Wspomniana wyżej pacjentka bała się na przy­kład, że jeśli mi opowie o sobie, ja poczuję do niej głęboką odrazę, wskutek czego skreślę ją z mojego grafiku przyjęć. Nic takiego oczywiście się nie stało. Poruszyło mnie jej wyznanie; było mi naprawdę smutno, że aby odpokutować za swój grzech, zdecydowała się na życie bez miłości i małżeństwa. Mam nadzieję, że okazując mej pacjentce pełną akceptację, wniosłem jakiś swój niewielki udział w trudny proces jej samoakceptacji.

Ludzie demonstrujący udawany optymizm próbują wyśmiewać swoją przeszłość lub usuwać ją z pola widze­nia. Nie jest to w żadnym razie postawa zgodna z Pismem Świętym. Biblia otwarcie przyznaje, że istnieje cierpienie, błędy i ludzka hańba. Wszystkie wielkie postacie biblijne mają zresztą nie zawsze najczystszą kartotekę i Biblia wca­le się tego nie ukrywa. Im bliżsi stajemy się duchowi Pisma Św., tym swobodniej przyznajemy się do błędów.

Kwestia polega nie na tym, czy udało się nam uniknąć błędów, bo przecież nikt, kto podejmuje jakąkolwiek zna­czącą działalność, nie może się przed nimi ustrzec. Właś­ciwe pytanie brzmi inaczej: Jak odnoszę się do swoich błędów? Czy nie zwątpiłem przez nie w swoją wartość? Czy związane z nimi cierpienie i wstyd nie sprawiły, że unikam teraz najdrobniejszego ryzyka, że dręczy mnie zwątpienie we własną wartość, że stałem się człowiekiem ostrożnym, bez szerszych horyzontów myślowych, że ob­winiam się za wszystko w nieskończoność?

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.