Perfekcjonizm

Istnieje jeszcze inna postać poczucia winy, występują­ca zresztą bardzo często. Przejawia się ona złym samopo­czuciem za każdym razem, kiedy zdarza nam się wykonać coś w sposób mniej niż perfekcyjny, jak również uchyla­niem się od wszelkich zadań, co do których nie mamy pewności powodzenia.

Zilustrujmy to konkretnym przykładem. Zjawił się u mnie pacjent w stanie skrajnego napięcia i oświadczył, że nienawidzi swojej pracy. Nie sypia po nocach, musiał poddać się leczeniu, dokuczają mu bowiem wrzody prze­wodu pokarmowego oraz silne bóle w karku i krzyżu. Spy­tałem, czym się zajmuje.

– Cóż, jestem dyrektorem liceum, ale szkoła dawno przestała mnie bawić. Posada jest bardzo dobra, jednak ta praca mnie wykańcza. Ani chwili wytchnienia, nawet na lunch! Jadam na chybcika przy biurku, zamykając się w gabinecie najwyżej na dziesięć minut. Wychodzę do pracy wpół do ósmej, wracam o wpół do siódmej, a przez pierwsze i ostatnie sześć tygodni roku szkolnego biorę jeszcze do domu masę zaległej pracy, nad którą ślęczę potem w każdą sobotę przez dobre dziesięć godzin.

Zapytałem, dlaczego tak ciężko pracuje.

–    Bo nikt inny tego nie zrobi. Brakuje nam personelu, papierkowej roboty jest coraz więcej, a ja nie wytrzymuję nerwowo, kiedy nie jest zrobiona.

–    Czy wszyscy dyrektorzy liceów pracują aż tyle go­dzin? – zagadnąłem pacjenta.

–    Nie, na pewno nie.

–    Inspektor siedzi panu na karku?

–    Ach nie, dobrze się z nim współpracuje. Nie, sam narzucam sobie takie wymagania. Robię to dla siebie, nie na pokaz. Kuratorium nie wie przecież, kiedy wychodzę z pracy. Cóż ich to obchodzi? Siedzę po godzinach, bo nie potrafię zostawić nie dokończonej roboty. Prześladuje mnie wtedy okropne poczucie winy.

W trakcie dalszych rozmów mój pacjent zrozumiał, że postawił sobie irracjonalne, perfekcjonistyczne wymaga­nia. Czy gdyby na wykonanie wszystkich zadań trzeba było poświęcić sto lub sto pięćdziesiąt godzin tygodniowo, też próbowałby im sprostać? Powinniśmy nauczyć się ważnej rzeczy: przyjąć do wiadomości, że wszystkiego nie da się zrobić, że część naszych codziennych zadań pozo­stanie nie wypełniona. Specjaliści w dziedzinie organizacji pracy podkreślają zresztą, że tajemnica powodzenia właś­nie na tym polega: załatwiać jedynie to, co najważniejsze, sprawy mało istotne ?odpuszczać”.

Nasz dyrektor liceum zaczął więc analizować swoje wieloletnie nawyki. Wychował się w rodzinie zdeklarowa­nych bałaganiarzy, zatem chcąc się od nich zdystansować, stał się wyjątkowo zdyscyplinowanym studentem. Przez cały okres college’u zarabiał na siebie, pracując codziennie bite osiem godzin – nie opuścił przy tym żadnego wykładu, skrupulatnie wywiązywał się także ze wszystkich zadań domowych. Oczywiste, że w tych warunkach nie mógł sobie pozwolić na marnowanie czasu. Ani sekundy. Sto­sując tę żelazną samodyscyplinę, tak wdrożył się do cięż­kiej pracy, że ilekroć próbował położyć się i odprężyć, miał to sobie za złe – zaczynał czuć się fatalnie. Zarazem jednak rygor i obowiązkowość uczyniły zeń niezawodne­go pracownika; dzięki nim osiągnął swoją obecną pozycję.

– W dzieciństwie miałem o sobie jak najgorsze wyob­rażenie – powiedział mi w pewnym momencie – ale gdy już zdobyłem dyplom i zostałem nauczycielem, nastąpiła wyraźna zmiana: uwierzyłem w siebie, poczułem się czło­wiekiem kompetentnym.

Jak z tego widać, mój pacjent zaszedł bardzo daleko, zmuszając się przez długie lata do maksymalnych wysił­ków. A co teraz? Cóż, opuściła go ambicja, która tak długo była motorem jego poczynań; teraz marzy już tylko o eme­ryturze, mimo że przełożeni darzą go uznaniem, że ma dobrą pensję, że jest jednym z najlepszych administrato­rów szkolnych w całym mieście.

Funkcjonuje w nim jednak ciągle mechanizm wewnę­trznego przymusu, napędzany dotkliwym poczuciem wi­ny. Im dłużej pozostaje pod jego wpływem, tym mniej zdaje sobie sprawę, dlaczego robi to, co robi; ten nawy­kowy perfekcjonizm zaczyna też zagrażać jego najcenniej­szym wartościom – małżeństwu i stosunkom z dziećmi.

Sam zainteresowany wiąże prześladujące go poczucie winy z okresem dzieciństwa. Był wtedy ustawicznie kara­ny, kara zaś polegała zwykle na tym, że kazano mu wyj­mować z kredensu wszystkie naczynia, a następnie sześ­ciokrotnie myć je i wycierać. Wydawał się sobie zupełnym zerem. Dopiero gdy dostał pracę w szkole, jego szacunek dla samego siebie zaczął wzrastać – zorientował się prawie natychmiast, że jest lepszym nauczycielem niż większość zatrudnionych tam kolegów. Przyczyna tego była oczywi­ście bardzo prosta: poświęcał swojej pracy znacznie wię­cej czasu i energii niż pozostali członkowie grona peda­gogicznego. A dlaczego tak się do niej przykładał? Z dwóch powodów: z jednej strony łaknął afirmacji i zy­skiwał ją, no bo wreszcie i on w czymś celował, z drugiej – nadal dręczyły go lęki: jego osoba, jego poczynania podlegały przecież ocenie tylu różnych ludzi! Wydawało mu się, że najdrobniejsza pomyłka czy niedokładność na­razi go na reprymendę, ściągnie na niego potępienie, okry­je wstydem.

Sprawa tego dyrektora była dla mnie trudnym orze­chem do zgryzienia. Żebym to wiedział, mówiłem sobie, do jakiego stopnia należy go uwolnić od tych przymuso­wych zachowań! To one właśnie uczyniły z niego tak znakomitego nauczyciela, zapewniły mu wysoką pozycję społeczną. Pamiętałem zdanie dr. Ralpha Greensona: ?Gdyby nie neurozy, niewiele dałoby się osiągnąć na tym świecie”.

No tak, ale ten przymus pracy jest zdecydowanie zbyt silny – podpowiadało mi trzeźwe myślenie – w dodatku nadal narasta, prowadząc do absolutnej skrajności. No bo jaka jest sytuacja: mężczyznę przed emeryturą nęka cho­robliwy perfekcjonizm! Ulega mu już tak długo, że zdążył zapomnieć, w imię czego pracuje jak katorżnik, nie zależy mu przecież na przypodobaniu się zwierzchnikom. Mor­dercza skrupulatność doprowadziła go na skraj załamania fizycznego.

Uproszczone teorie psychologiczne, jak również nie­które, szczególnie wschodnie religie każą nam wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Przezwyciężyć można każdą trudność, osiągnąć każdy cel, wystarczy tylko, według nich, odpowiednio go sobie uprzytomnić i zwizualizować.

Jest w tym wszakże jedno ?ale”. Brak temu prawdy. Głosiciele tych haseł są, delikatnie mówiąc, zbytnimi op­tymistami: wyobrażają sobie człowieka jako istotę ze wszech miar doskonałą, wręcz mogącą się równać z Bo­giem, a nie jest to przecież zgodne ani z Pismem Świętym, ani z potocznym doświadczeniem, ani wreszcie z wiedzą historyczną. Owszem, istotę ludzką stać na niemałe doko­nania, lecz w obliczu Boga będzie zawsze niedoskonała. Im szybciej oswoimy się z tą prawdą, tym łatwiej będzie nam zyskać zdrową pewność siebie.

Dokonajmy tu precyzyjnego rozgraniczenia: absolutnie nie chodzi o to, by stać się arogantem bez sumienia, nigdy nie doświadczającym poczucia winy. Nie, mania wielkości to też nic dobrego. Wystrzegajmy się jednak pogardy dla samych siebie, nie bądźmy tymi, których jedynym zajęciem jest powtarzanie: ?Przepraszam, że żyję”.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.