Zaciskaj zęby i rozwijaj swoje zdolności

Utalentowane jednostki, którym nie wiedzie się w ży­ciu, to zjawisko nader pospolite. Wiele takich osób ma trudności nie tyle z rozpoznaniem swych wrodzonych uz­dolnień, ile z ich rozwinięciem. Bo tylko intensywny tre­ning, systematyczne aż do znudzenia szlifowanie danej umiejętności wynosi człowieka ponad przeciętność.Najczęściej bywa tak, że po krótkim okresie zaintere­sowania taką czy inną dziedziną zaczynają się problemy: nie bardzo widać postępy, inni wydają się lepsi, przychodzi zniechęcenie, no i rzucamy sprawę. Miałem kiedyś pacjen­tkę, która przez większość życia przy niczym nie potrafiła wytrwać. Poprosiłem, aby opisała mi to swoje życie. ?Ża­łuję, że było takie” – powiedziała po prostu. Przez wiele lat wciąż zaczynała coś robić, nie kończyła i zabierała się do czegoś innego. Nigdy nie zadała sobie trudu przepro­wadzenia analizy swoich umiejętności, mowy więc być nie mogło o jakiejkolwiek specjalizacji.

– Męża nie obchodziło to, czy pracuję, czy nie, więc nie pracowałam, i to był chyba mój największy błąd. Od kiedy dzieci podrosły, wciąż próbowałam coś sobie zna­leźć. Zaczęłam pobierać lekcje gry na fortepianie, ale mnie to znudziło, więc dałam spokój. Myślałam, żeby zostać nauczycielką: poszłam na kurs pedagogiczny i… nie do­trwałam do rozdania świadectw. Nie potrafię wprost opi­sać, jakie to okropne mieć za sobą dwie trzecie życia i nie umieć dosłownie nic poza pieczeniem szarlotki!

Każdy z nas może wymienić podobne przykłady w gronie bliższych i dalszych znajomych. Są to wszystko osoby zdolne, które wciąż przerzucają się od pomysłu do pomysłu, zawsze znudzone bądź rozczarowane; ludzie ci do niczego nie potrafią tak się przyłożyć, żeby opanować to do perfekcji.

Zastanówmy się, na czym polega praca chirurga. Jeś­liby ją rozłożyć na czynniki pierwsze, otrzymalibyśmy szereg pojedynczych ruchów. Początkujących chirurgów miesiącami wprawia się na przykład w wiązaniu dwóch luźnych końców w bardzo ograniczonej przestrzeni, chwytaniu instrumentów chirurgicznych, w ich jak naj­szybszej zamianie, w sprawnym wykonywaniu szwów. Potrzebny jest nieustanny wysiłek, aby usprawnić sekwen­cję poszczególnych ruchów – ten przyspieszyć o ułamek sekundy, tamten sobie ułatwić, kolejny wyeliminować. Doskonalenie tych drobnych podstawowych czynności jest główną metodą usprawnienia całego zabiegu chirur­gicznego. Na tym polega postępowanie naukowe, które służyć tu może za przykład wręcz modelowy: tak właśnie należałoby kształcić i nasze umiejętności.

Parę lat temu poznałem mistrza stolarskiego, który za­słynął dzięki bardzo rzadkiej specjalności – wyrobie luksu­sowych mebli. W młodości Sam Maloof przygotowywał się do zawodu projektanta, ale po drodze doszedł do wniosku, że tym, co lubi najbardziej, jest ręczna obróbka drewna. Urządził w garażu warsztat i zaczął wyrabiać meble.

Doświadczalnie sprawdzając wytrzymałość zastoso­wanych elementów łączących – które później miały mu przynieść sławę – Maloof wykonał prototypowe krzesło, zataszczył je na dach garażu i zrzucił na asfaltowy podjazd: rozleci się, czy nie rozleci? Wytrzymało. Tą metodą do­wiódł sam sobie, że jego złącza są takie, jak trzeba. Pierw­szym zrealizowanym przez Sama zamówieniem był kom­plet jadalny; wskutek nieporozumień z dekoratorem wnę­trza zapłata za tę pracę z trudem pokryła koszt materiałów. Powoli, metodą prób i błędów, Maloof nauczył się wyce­niać swoją pracę tak, żeby zarobić na życie.

Uznanie dla jego mistrzostwa zataczało coraz szersze kręgi – zaczął otrzymywać więcej zamówień, ale zaczęły się też kłopoty z realizowaniem ich w garażu, w miejscu obję­tym zakazem działalności produkcyjnej. Sam wyniósł się za miasto, gdzie nabył gaj cytrynowy z usytuowanym pośrod­ku domkiem mieszkalnym i garażem. Nadal wyrabiał krzes­ła z drzewa orzechowego – każde wykonane było ręcznie, każde odznaczało się najwyższą jakością. Do nowego war­sztatu zamówienia z początku napływały skąpo, ale w tym właśnie czasie nadeszła propozycja z Departamentu Stanu: poproszono Sama Maloofa, aby udał się do Libanu, Iranu, a następnie Salvadoru, gdzie wraz z osobami odpowiedzial­nymi za przemysł drzewny miał opracować program rozwo­ju tej gałęzi przemysłu na wsi.

Z biegiem lat jego meble zyskały prawdziwą sławę. Przyjął czeladnika, wybudował porządny warsztat i dom – wykańczając po kolei izbę po izbie. Zaczął otrzymywać oferty od właścicieli wielkich fabryk mebli: proponowano mu odkupienie projektów i tanią produkcję m. in. jego słynnych foteli na biegunach w liczbie kilku tysięcy sztuk miesięcznie. Sama nie interesowało jednak opatentowanie projektów; wolał kontynuować i doskonalić swoje rze­miosło. Wiedział, co lubi, wiedział też, że robi znakomite meble.

Nadszedł moment, gdy zwrócono się do niego z prośbą o poprowadzenie szkolenia i praktyk dla meblarzy-rzemieślników; wiele jego wyrobów zawędrowało do muzeów, wchodząc w skład stałych kolekcji. Niedawno uhonorowa­no Sama nagrodą MacArthura ?dla geniuszy”, zarezerwo­waną jak dotąd dla pisarzy, artystów i filozofów. Przyniosła mu ona pięcioletnie stypendium w wysokości 60 tysięcy dolarów rocznie, wolne od podatku i wszelkich zobowiązań.

Czy ta nagroda pociągnęła za sobą jakieś zmiany w try­bie życia i pracy Sama Maloofa? Jeśli w ogóle, to prawie niedostrzegalne. Ma teraz 71 lat i nadal pracuje mniej więcej 60 godzin w tygodniu. Zatrudnia dwóch pomocni­ków. Cena jego fotela na biegunach wynosi obecnie 6 000 dolarów, a zamówień ma stale grubo ponad setkę.

– No i dlatego muszę tyle pracować – mówi z uśmie­chem.

Satysfakcja i dobre samopoczucie starego mistrza biorą się w znacznej mierze z pracy: Sam Maloof wie bardzo dobrze, kim jest, zaś wytwarzane przez niego przedmioty są naturalną formą wyrażania samego siebie. Znalazł sobie zajęcie, które mu sprawia przyjemność, a wykonując tę samą pracę przez długie lata, doszedł w niej do mistrzostwa.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.